Nie żyje Aeterna...
ocena: +4+x

Na wzgórzu stoi samotnie młody mężczyzna w czarnym płaszczu. Jego blond włosy rozwiewa wiatr. Podnosi do oczu zawieszoną na szyi lornetkę i patrzy przez nią w stronę miasta. Nad zniszczonymi zabudowaniami Nowego Olsztyna unosi się czarny dym. Mężczyzna odkłada lornetkę, przeczesuje bladą dłonią swoje średniej długości blond włosy i sięga do kieszeni po papierosy. Nim zdąży zapalić, podchodzi do niego podwładny w ciemnym mundurze sił specjalnych Aeterny.

— Udało się, dyrektorze — melduje. — Nowy Olsztyn został zdobyty.

— Wspaniale — odpowiada mężczyzna, odpalając papierosa. — Co dalej?

— Rebelianci nadal kontrolują kilka większych ośrodków. Nasze oddziały zmierzają już w stronę Nowych Katowic. Zdobycie miasta otworzy nam drogę na główną siedzibę rebelii — Nowy Wrocław.

Wiatr wzmaga się, porywając czapkę z głowy żołnierza. Dyrektor wodzi zmęczonym wzrokiem za podwładnym, gdy ten podbiega, by ją złapać.

— Zajmijcie te miasta — mówi. — Za miesiąc Nowy Wrocław ma stać w płomieniach.

Żołnierz wkłada czapkę z powrotem na głowę, staje na baczność przed przełożonym i salutuje.

— Tak jest, panie dyrektorze. Niech żyje Aeterna.

— Niech żyje Aeterna — powtarza bez przekonania dyrektor, gdy podwładny odchodzi. Zaciąga się dymem i znów spogląda na zdobyte miasto. Jednostajny szum liści przerywają okazjonalnie donośne odgłosy walących się budynków. Mężczyzna rzuca niedopałek pod nogi, po czym poprawia płaszcz i szykuje się do odejścia. — Och, jeszcze będzie pięknie, Vincent, jeszcze będzie pięknie.

Kapitan Ludwik Landa prowadzi swój oddział przez plątaninę szarych korytarzy. Gruba warstwa kurzu szczelnie pokrywa podłogę. Wszędzie śmierdzi zgniłym jajem. Z powodu braku światła widoczność jest prawie zerowa. Żołnierze wyposażeni są jednak w latarki. Idą gęsiego. Jest ich ośmiu łącznie z dowódcą. Wszyscy są ubrani w identyczne mundury OSA.

— Są jakieś nowe rozkazy? — pyta młody i niedoświadczony jeszcze zastępca kapitana.

— Wciąż takie same — odpowiada zniecierpliwiony kapitan. — Strzelać do wszystkiego, co się rusza i nie ma na sobie naszych mundurów.

— Właśnie tak! — krzyczy ktoś z tyłu głosem pełnym entuzjazmu charakterystycznego dla nowych rekrutów. — Niech te skurwysyny wiedzą, że kto podnosi rękę na Aeternę…

Przerywa mu wystrzał z bocznego korytarza. Część żołnierzy kryje się za rogiem, część rzuca na zakurzoną podłogę. Ciało rekruta obija się o ścianę, barwiąc ją krwią, po czym upada głucho na ziemię. Słychać ciche kroki uciekających zabójców. Przez chwilę panuje cisza, którą kapitan kończy stanowczym rozkazem:

— Co tak stoicie? Strzelać, do cholery!

Rozpoczyna się straszliwa kakofonia wystrzałów i krzyków. Żołnierze OSA wybiegają z kryjówki i gnają śladami rebeliantów, pozostawiając za sobą ciała kilku wrogów. Kapitan zostaje w korytarzu sam z jednym tylko podwładnym, nie licząc martwego rekruta leżącego w kurzu. Opiera swój karabin o ścianę, przyklękając przy zwłokach młodzieńca. Jasna twarz zabitego, przysłonięta burzą czarnych włosów, jest skąpana we krwi. Został trafiony w szyję. Kapitan z szacunkiem zamyka mu zastygłe w wyrazie przerażenia oczy.

— Kto podnosi rękę na Aeternę, ten niech będzie pewien, że mu Aeterna tę rękę odrąbie — szepcze Landa.

Podwładny niepewnie przestępuje z nogi na nogę. Dowódca wstaje, podnosi karabin i jednym gestem wskazuje mu drogę. Odchodzą nieśpiesznie. Ciało rekruta leży samotnie w obleśnej zupie krwi i kurzu, powoli przesiąkając intensywnym zapachem zgniłego jaja.

— Dyrektorze, czekają na pana już ponad kwadrans, chyba nie myśli pan… Och, oczywiście, wiem, że jest wojna, ale… Nowe Katowice zdobyte, naprawdę? To… To wspaniała informacja, doprawdy imponujące… Myślę, że Rada doceni pana osiągnięcia, jednak… Już, tak, teraz w prawo… Otóż widzi pan, dyrektorze, Rada z niecierpliwością wyczekuje postępów, jeśli pan ich dostarcza… Nie, na pewno nie wezmą panu za złe spóźnienia, skoro niesie pan takie wieści… O, jesteśmy, proszę wchodzić…

Zatrzaśnięcie się za nim drzwi przestronnej sali konferencyjnej dyrektor odbiera z niemałą ulgą. Wspomnienie ciągłej paplaniny asystenta wciąż przyprawia go o mdłości. Stoi teraz jednak przed Najwyższą Radą. Musi się uspokoić i godnie reprezentować swój urząd.

Za półkolistym marmurowym stołem zasiada dwunastu członków Rady. Wszyscy mają na sobie garnitury i stosowne odznaczenia państwowe. Część wygląda na zniecierpliwionych, mechanicznie zerkają na zegarki. Pozostali są znudzeni, bawią się długopisami, poprawiają marynarki lub rozglądają po dobrze sobie znanym pomieszczeniu.

— Och, dyrektorze, już myśleliśmy, że się pana nie doczekamy — przemawia najstarszy z Rady. — Można wiedzieć, co takiego ważnego się stało, że nie raczył się pan zjawić na czas?

— Nowe Katowice padły — odpowiada zdawkowo dyrektor.

— Och, to są… Zaiste ważne nowiny — mruczy pod nosem starzec. — Właśnie mieliśmy poprosić pana o zdanie raportu z linii frontu.

— Rebelianci uciekają lub masowo poddają się naszym wojskom. Droga na Nowy Wrocław stoi otworem. Oddziały OSA już przygotowują się do wejścia na poziom. Od wygrania wojny dzieli nas jeden rozkaz.

Przez stół przetacza się dreszcz poruszenia. Radni patrzą po sobie z mieszanką radości i zaskoczenia. Gdzieniegdzie słychać podekscytowane szepty.

— Chciałbym, i mówię to w imieniu całej Najwyższej Rady — starszy mężczyzna znów zabiera głos. — Chciałbym, by wiedział pan, dyrektorze, że Rada docenia pański wkład w przywrócenie stabilności Imperium Aeterny. Jednakże w związku z toczącym się wciąż śledztwem w sprawie Incydentu A-9, musimy poinformować o czasowym odsunięciu pana od pełnienia obowiązków dyrektora OSA. Niech pan potraktuje to jako przymusowy urlop, oczywiście płatny. Do czasu zakończenia wojny oraz śledztwa, wszelkie prerogatywy dyrektora OSA przejdą w ręce Najwyższej Rady. Ma pan jakieś pytania?

— Nie możecie tego zrobić — mamrocze dyrektor.

— Słucham?

— Wygrałem tę wojnę, wygrałem ją dla was. Nie możecie.

— Wygrał pan ją dla Aeterny, dyrektorze. I powiedziałem już, że Rada docenia pańską pracę. Musi pan być jednak świadomy, że kontrowersje…

— Kontrowersje? Jakie kontrowersje? Pozbawiacie mnie stanowiska, bo nie zginąłem razem z Hanowskim?

— Dyrektorze! — wykrzykuje inny członek Rady. — Proszę się opanować, rozmawia pan z Najwyższą Radą!

— A wy rozmawiacie ze swoim jebanym Juliuszem Cezarem! Wygrałem tę wojnę, wygrałem ją, ja! Ja sam! Co wy zrobiliście?

— Do diabła, nikt nawet nie wie, jak pan się naprawdę nazywa. Myśli pan, że jesteśmy na tyle głupi, by zaufać najbardziej skrytej osobie w rządzie Imperium, pod której rozkazami w dzień upadku Aeterny znajdowała się największa tajna organizacja tego państwa i która nie kiwnęła palcem, by powstrzymać tę tragedię? Niech pan nie będzie śmieszny.

Dyrektor nie ma pojęcia, co powinien odpowiedzieć, więc po prostu wychodzi. Jego kroki odbijają się echem w wielkiej sali.

— Niech żyje Aeterna! — woła za nim któryś radny.

"Niech żyje, do cholery", myśli mężczyzna, mijając zdezorientowanego asystenta.

Dyrektor leży na fotelu w swoim gabinecie. Patrzy znudzony w sufit. Dzisiaj wreszcie ma zjawić się u niego kapitan Landa. Mężczyzna z niecierpliwością czeka na to spotkanie już od dwóch tygodni. Zna najnowsze wieści z frontu pod Nowym Wrocławiem, jednak chciałby usłyszeć je z pierwszej ręki. Materiał, z którego wykonano obicie fotelu, jest bardzo miękki i wygodny. Dyrektora irytuje jednak czarna mucha siedząca na nieskazitelnie białym suficie. Sięga w stronę biurka po jakiś przedmiot, którym mógłby ją strącić. W tym momencie rozlega się pukanie do drzwi.

— Wejść — nakazuje gospodarz, stając na nogi. Od razu zapomina o musze.

Na progu staje kapitan we własnej osobie. Jego mundur wygląda na co najmniej doświadczony. Żołnierz przybywa wprost z frontu, więc nie miał nawet czasu się przebrać.

— Dyrektorze — mówi kapitan, salutując. Oprócz munduru z wojny przywiózł również żołnierską manierę wypowiedzi.

— Witaj, Ludwiku. Możesz mówić mi po imieniu.

— Nie znam go, dyrektorze.

— Vincent Von Vaterhorn, kapitanie Landa. Oto moje imię.

— To zaszczyt, panie Vaterhorn.

— Żebyś wiedział, Ludwiku, żebyś wiedział. Imię to było przez wiele lat bodaj największym sekretem Aeterny. Znało je naprawdę niewielu, w tym nasz świętej pamięci prezydent. — Ostatnie zdanie dyrektor wypowiada z wyczuwalną ironią.

— Chciał się pan ze mną niezwłocznie zobaczyć — mówi Landa. — W tej sprawie?

— Och, Ludwiku, usiądźmy. Mamy wiele do omówienia.

Mężczyźni udają się do salonu. Dyrektor machnięciem ręki wygania asystenta. Siadają na długiej kanapie ustawionej tyłem do drzwi. Przed ich oczami rozciąga się widok na smutną i pochmurną panoramę Nowego Krakowa. Milczenie przerywa po chwili Vaterhorn:

— Jakie są wieści z frontu?

— Niezbyt pomyślne, jak zapewne pan już wie. Od początku walk o Nowy Wrocław nic nie idzie po naszej myśli. Ponieśliśmy wielkie straty, które nie przybliżyły nas nawet o milimetr do zajęcia miasta.

— Najwyższa Rada pozbawiła mnie stanowiska.

— Słyszałem. Zakładam, że to główny powód naszych porażek. Nie rozumiem jednak, dlaczego to zrobili. Wygrywaliśmy tę wojnę.

— Mają podejrzenia, że mogłem zaaranżować zamach na prezydenta Hanowskiego.

Zapada cisza tak głęboka, że dosłyszeć da się szybkie bicie serca kapitana i krzątanie się podsłuchującego pod drzwiami asystenta.

— Dyrektorze… To znaczy, panie Vaterhorn, Vincencie… Jeśli można spytać, czy miał pan z tym coś wspólnego? — pyta niepewnie Landa.

— Ach, Ludwiku… Wiesz może, jak idą poszukiwania tego tam… Agenta V? — zmienia temat dyrektor.

— Z tego, co mi wiadomo, żadnemu z naszych agentów nie udało się wpaść na jego trop.

— Widzisz, Ludwiku, to dlatego, że szukają samych siebie — wyjaśnia Vaterhorn, cedząc powoli każde słowo.

— Czyli to pan zorganizował zamach na prezydenta? — Kapitan podnosi głos, jednak jakby bojąc się własnych słów, po chwili przechodzi do szeptu. — Z pana winy upadła Aeterna?

— I z mojej zasługi się odrodzi. Szkoda tylko, że Rada działa przeciwko mnie.

— Oni myślą, że ratują Imperium!

— Mają rację.

— Więc po co to wszystko?

Dyrektor wstaje i podchodzi do okna. Spogląda beznamiętnie na otaczające apartamentowiec budynki stolicy. Wszystkie są podobne — szare i zimne. Tak jak jego oczy odbijające się w szybie.

— Nie zauważyłeś, że podczas wojny domowej wszystko chodziło tu jak w zegarku? — zaczyna mówić Vaterhorn, a jego głos jest zarazem straszny i piękny. — Aeterna potrzebuje wyzwań, Ludwiku. Hanowski się rozleniwił. Pozwolił, by jego wspaniałe imperium gniło w samozachwycie. Jednak to nie jest prawdziwa wielkość. Wielkość bierze się z rozwoju, a rozwój jest wynikiem konfliktu. Oczywistym jest dla mnie, że Aeterna wielką być może jedynie na wojnie. Choćby to była wojna z samą sobą.

"On oszalał", myśli kapitan. Jednak zaraz w jego głowie pojawia się wątpliwość: "A co, jeśli wcale nie?".

— Rzecz w tym, że upadek był nieunikniony — kontynuuje dyrektor. — Stara Aeterna miała swoje prawa, których była zmuszona przestrzegać. Władza Hanowskiego wbrew pozorom była jakkolwiek ograniczona. Nowa Aeterna zaś… To zupełnie inna bajka. Samo zmartwychwstanie jest już przekroczeniem wszelkich praw. Państwo rządzone przez OSA nie musi mieć żadnych zahamowań, ba, nie może! Poza tym… Kto będzie śmiał osądzać mesjasza?

Kapitan przytłoczony jest wagą słów, które właśnie usłyszał. Patrzy bez słowa na dyrektora, w jego chłodnej twarzy widząc samego diabła. Wie, że ma sekundy, by podjąć decyzję. Wierność czy chwała, porządek czy wielkość… Wszystkie te idee wirują w jego głowie. Tyle ofiar, tylu młodych ludzi poniosło śmierć. Ilu jeszcze czeka taki los? Przed oczami pojawia mu się obraz naiwnego rekruta, który zginął podczas jednej z niedawnych potyczek. Bezsensowność tej śmierci jest dla kapitana nieznośna. Lecz co jeśli ta śmierć nie była wcale bezsensowna, co jeśli wszystkie one mogą służyć sprawie większej niż on sam, sprawie większej nawet niż szalony w swej pysze dyrektor?

— To jak będzie, Ludwiku? — pyta Vaterhorn, szczerząc białe zęby. — Zbudujemy razem coś wspaniałego?

— Nie żyje Aeterna… — odpowiada powoli kapitan. — Niech żyje Aeterna. Ja i moi żołnierze jesteśmy gotowi na pana rozkazy, dyrektorze. Jeśli będzie trzeba sam zastrzelę każdego członka Najwyższej Rady.

— Do tego jeszcze daleko, mój przyjacielu. — Vaterhorn uśmiecha się i rozsiada wygodnie na kanapie. — Zacznijmy od czegoś prostego.

— To znaczy?

— Zastrzel tego sukinsyna, który stoi za drzwiami i wciąż nas podsłuchuje.


O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License