2
Baza Alfa
Rozdzierający ból.
Rozpaczliwy, zwierzęcy krzyk, który rozpłatał powietrze jak chaotyczne cięcie ostrzem niewprawionego żołnierza.
Silne ręce przytrzymujące wijące się w spazmach drobne ciało. Potem nastała cisza.
Milczenie.
Ciało zwiotczało na podobieństwo szmacianej lalki rzuconej gdzieś w kąt przez znudzone dziecko. W jej głowie przetaczały się dziesiątki wizji i wspomnień. Niewyraźne twarze bliskich i całkiem obcych osób. Niektóre wykrzywione w grymasie bólu, inne uśmiechające się szyderczo jakby czuły przyjemność z jej cierpienia. Chciała uciec od nich, nie widzieć tego więcej. Widziała tunel, na którego końcu majaczyła postać rudowłosej dziewczyny. Ivy ociekała krwią, wpatrywała się w nią pustym wzrokiem. Przez przejście przetoczył się obłąkańczy śmiech.
- Obudziła się? - Riggs stał z założonymi rękami, zerkając co chwilę na białą zasłonę, która pełniła funkcję prowizorycznych drzwi. Dlaczego w ogóle go to obchodziło? To nie pierwszy raz. Rutynowa procedura. Mogę przecież być ciekawy. Przestąpił z nogi na nogę. To Ricky powinien tak się zachowywać, nie on. Był starszy, widział więcej, ta dziewczyna praktycznie nie różniła się niczym od poprzednich nieszczęśników, których znajdował. A jednak…
Potrząsnął głową. Wspomnienia, które wyparł i zakopał w najgłębszej części świadomości, powróciły mimowolnie, powodując szybsze bicie serca.
- Gorączka wciąż się utrzymuje. Majaczy, wypowiada wciąż różne imiona przez sen. - Przysadzista kobieta w średnim wieku wzięła się pod boki i przechyliła głowę, przyglądając mu się w skupieniu. Jej zafrasowany wyraz twarzy tylko spotęgował narastający w nim niepokój.
- Będę u siebie. Daj mi znać przez Gołębicę, kiedy się obudzi.
Gołębica była systemem metalowych rurek poprowadzonych na całym obszarze bazy. Za pomocą sprężonego powietrza i prowadnic można było wysyłać wiadomości do wybranych pomieszczeń. Był to szybszy i dyskretniejszy sposób niż krótkofalówki, których częstotliwość trzeba było co jakiś czas zmieniać w celu zachowania lokalizacji bazy w tajemnicy.
Kobieta kiwnęła głową z dziwnym wyrazem twarzy. Nie skomentowała słowem zachowania Riggsa, choć i jej wydało się ono niecodzienne. Stary wyga, wyjadacz, jeden z najbardziej doświadczonych członków grupy nagle pozwala sobie na ludzkie odruchy, choć znany jest ze swojej niedostępności i wiecznie kamiennego oblicza. Nie byli ze sobą jednak na tyle blisko, aby swobodnie porozmawiać na ten temat, więc przemilczała to i zostawiła swoje przemyślenia dla siebie.
Mężczyzna skinął głową na pożegnanie i wyszedł z pomieszczenia. Skierował kroki do swojego namiotu, który był po drugiej stronie Bazy Alfa. Przed prowizorycznym szpitalem czekał na niego Maverick.
- I co? - zapytał obojętnie, choć Riggs wiedział, że tak naprawdę pożera go ciekawość. Zajrzał poważnie w jego jasne oczy, dopóki ten nie odwrócił wzroku wyraźnie zmieszany.
- Nie wiadomo – odparł krótko, beznamiętnie. Młodszy z mężczyzn wiedział, że jeśli chce się dowiedzieć czegoś więcej, będzie musiał poczekać. Był nowicjuszem, który nie mógł liczyć na tak poufne informacje, jak stan zdrowia nowo przybyłej, obcej mu osoby. A Riggs jak zwykle nie był skory do zaspokajania jego ciekawości.
- Pytałeś, kiedy następny wypad? - starszy mężczyzna potarł w zamyśleniu brodę. Ciągnęło go na zewnątrz, w bazie czuł się jak w objęciach trującego bluszczu, którego pędy oplatały go i dusiły.
- Pytałem… - Ricky zawiesił głos. Riggs wpatrywał się w niego wyczekująco, choć ten ton nie spodobał mu się od razu.
- Masz zostać i czekać aż dziewczyna się obudzi. Takie rozkazy. Ja… wychodzę z Grace. Dostaliśmy polecenie zabezpieczenia wyjścia na Poziom 2 i rozeznania obszaru. Grupa zwiadowcza donosiła o formującej się nowej sforze Ogarów, która może przenikać w pobliże bazy. Sam rozumiesz…
Rozumiał. Starał się zachować swój nieprzenikniony wyraz twarzy. Jest starszy stopniem, musi zostać, żeby przesłuchać ocalałą. Próbował to sobie racjonalnie tłumaczyć, lecz w głowie wciąż miał wgryzającą się w najodleglejsze miejsca czaszki myśl. Chcą go tu zatrzymać. Myślał, że ten bzdurny areszt zakończy się, kiedy udowodni, że panuje nad sobą, że nie ma zespołu stresu pourazowego, samobójczych zapędów ani innych problemów psychicznych po sytuacji, której był świadkiem. Ostrożność góry miała jakiś sens – Riggs był świadkiem mordu o znamionach rytualnej egzekucji całego swojego oddziału. Lecz on sam czuł się jak w klatce, zamknięty przykazaniem i niekiedy groźbą osadzenia w niewielkim więzieniu, jakie mieściła baza. Więzienie to dużo powiedziane, był to obszar otoczony ogrodzeniem z drutu z paroma namiotami pośrodku. Odkąd ostatni więzień, żołnierz posądzony o handel narkotykami, został przeniesiony do innej bazy, stało ono puste. Riggs na pewno nie chciał zostawać jego pierwszym od dawna mieszkańcem. Dlatego przełknął tę gorzką pigułkę i uśmiechnął się krzywo.
- Z Grace. Myślałam, że za sobą nie przepadacie – sprawnie przekierował rozmowę na bezpieczniejszy dla siebie tor. Ricky zarumienił się nieznacznie i zrobił lekko obrażoną minę.
- Rywalizowaliśmy, ale zgodziliśmy się oboje na tymczasowy rozejm dla dobra misji – odparł nieco teatralnie. Riggs zachichotał w duchu. Czasami zapominał, że jego towarzysz miał dopiero 25 lat, że nie był wypranym z emocji starym wygą, tylko młodym chłopakiem, który mimo trudnej sytuacji, w jakiej się znalazł, chciał przeżyć najlepsze lata swojego życia.
Zamienili parę zdań i rozeszli się. Młodszy w stronę namiotu dowództwa, starszy w stronę swojego tymczasowego mieszkania. A przynajmniej tak miał nadzieję je nazywać. Liczył, że już niedługo opuści to miejsce.
Tymczasem w białym szpitalnym łóżku Charlie przewróciła się na prawy bok. Obudziła się już jakiś czas temu, ale nie miała odwagi otworzyć oczu, zupełnie jak wtedy, gdy przeniknęła przez podłogę fabryki do tego niemożliwego świata. Nie wiedziała, gdzie się znajduje i czy ludzie, których słyszała, mają dobre zamiary. Przynajmniej chciała, by byli to ludzie. W głowie miała mgliste wspomnienie nagiej, gładkiej twarzy potwora, który ją oszczędził.
Rozchyliła powieki, by lepiej przyjrzeć się miejscu, w którym się znalazła. Obok łóżka stała prowizoryczna półka zrobiona ze skrzyni, którą widziała już wcześniej. Zdała sobie sprawę z tego, że leży w namiocie z ciemnozielonego materiału, był on duży, dziesięcioosobowy. Łóżka były pooddzielane od siebie białymi parawanami. Wyglądało to, jak szpital polowy.
Poczuła bolesne ukłucie w palcach. Uniosła dłoń do twarzy i zobaczyła, że jest w całości pokryta bandażami. No tak. Powoli przypominała sobie wydarzenia ostatnich dni. Na szafce stało małe prostokątne lusterko, w którym ujrzała swoją umorusaną we krwi twarz pokrytą mozaiką ciemnych strupów. Zajrzała sobie głęboko w oczy, których gładka niebieska tafla odbijała jej skatowane własnym umysłem oblicze. Cóż bardziej potwornego może sobie wyrządzić człowiek jak uwierzyć w projekcje, które sam wytworzył.
- Obudziłaś się – usłyszała miły kobiecy głos dobiegający z nóg łóżka. Aż podskoczyła z wrażenia, prawie upuszczając lusterko. Podciągnęła kołdrę pod brodę i skuliła się, przeklinając się w myślach, że dała się ponieść ciekawości. Przysadzista, dość niska kobieta uniosła uspokajająco ręce.
- Nie bój się, skarbie. Bardzo się cieszę, że dochodzisz do siebie. Witaj w Bazie Alfa Poziomu Pierwszego. Nic ci to na razie nie mówi, wiem. Pozwól, że wyślę wiadomość do osoby, która cię uratowała. Bardzo chce cię poznać.
Natłok informacji przytłoczył dziewczynę, która wystraszyła się jeszcze bardziej. Nic nie odpowiedziała, wodziła tylko wystraszonym wzrokiem za kobietą, która zniknęła za parawanem tak nagle, jak się pojawiła.
Cichutkie dzyń niewielkiego dzwoneczka dało znać, że przyszła nowa wiadomość. Riggs obejrzał się wolno, odrywając się od książki, którą czytał. Podszedł do metalowej rurki, w której otworze tkwił kawałek papieru zwinięty w rulonik. Jego treść brzmiała: „Obudziła się. Jest zdezorientowana. Bądź delikatny”. Westchnął. Delikatność nie była jego mocną stroną. Wziął notatnik do zapisywania ważniejszych odpowiedzi dziewczyny, choć wiedział, że pewnie i tak z niego nie skorzysta, ale zawsze brał go ze sobą. Takie przyzwyczajenie. Wyszedł z namiotu i udał się prosto do szpitala.
Na wejściu spotkał Marthę, pielęgniarkę, która opiekowała się rannymi, i z którą rozmawiał przed dwiema godzinami.
- Nie sądziłem, że tak szybko tu wrócę – zagadnął kurtuazyjnie, nie oczekując odpowiedzi. Kobieta uśmiechnęła się w odpowiedzi i poprowadziła go w głąb namiotu, gdzie leżała wystraszona dziewczyna.
Charlie siedziała na łóżku wyczekująco. Wciąż miała na sobie poplamione krwią ubrania, które stały się teraz sztywne i nieprzyjemne w dotyku. Mam nadzieję, że będę mogła je tu jakoś wyprać – pomyślała i po chwili zaśmiała się w duchu. Absurdalne, że w takim momencie myślała akurat o tym, jak wygląda, zamiast przejmować się tym, co zaraz nastąpi. Pozna swojego wybawcę, który pewnie będzie oczekiwał od niej odpowiedzi, w jaki sposób znalazła się tutaj. Zaczęła tworzyć w głowie najróżniejsze scenariusze. Może Baza Alfa to nazwa jakiejś tajnej wojskowej bazy, do której trafiła przypadkiem i teraz poniesie tego konsekwencje. To tłumaczyłoby brak zasięgu, być może to jakaś forma zabezpieczeń przed wykryciem. Zatrzęsła się lekko, zestresowana. Na szczęście nie miała dużo czasu na zastanawianie się, bo zaraz obok jej łóżka stanęła znajoma już kobieta oraz wysoki mężczyzna w średnim wieku.
- Uratował cię porucznik Riggs – obwieściła uroczyście kobieta, nie witając się ponownie z dziewczyną. Sprawiała wrażenie roztargnionej, jakby oderwano ją właśnie od ważnego zajęcia. Charlie przeniosła wzrok na porucznika, który skinął jej sztywno głową. Miał na oko jakieś 40-46 lat, miał krótkie szpakowate włosy i był ubrany w mundur, którego nie kojarzyła z żadną armią. Na ramieniu wyszyty był symbol z dwoma skrzydłami, pomiędzy którymi znajdowało się słońce z literą delta.
- Zostawię was samych. – Kobieta zniknęła za parawanem, nie przedstawiając siebie. Oszołomiona dziewczyna wyprostowała się nieznacznie, kiedy Riggs przysunął stołek i usiadł przy jej łóżku. Nie czekając na pytanie, powiedziała:
- Nazywam się Charlie… Charlotte Price. Nie wiem, jak tu się znalazłam.
Próbowała cokolwiek wyczytać z kamiennej twarzy mężczyzny, lecz praktycznie od razu zdała sobie sprawę z tego, że to niemożliwe. Jego oblicze było jak odlane z brązu z zastygłym wyrazem powagi i skupienia.
- To rutynowa procedura – odparł, a jego głos rozbrzmiał w pomieszczeniu jak dźwięk dzwonu, którego dawno nikt nie używał. – Cieszę się, że wyrażasz chęć współpracy. Jak się tu znalazłaś?
Charlie pokrótce opowiedziała historię, że była w starej fabryce i nagle przeniknęła przez podłogę i znalazła się w miejscu o żółtych ścianach. Riggsowi spodobało się, że użyła słowa „przeniknąć”. Było to bardziej niż trafne określenie. Wysłuchawszy emocjonującej opowieści do końca, rzekł:
- Jesteś w miejscu, które nazywamy Backrooms. Zaplecza. Jest to coś w rodzaju równoległej rzeczywistości, do której można przeniknąć przypadkiem w różnych miejscach świata.
- Dlaczego nigdy o tym nie słyszałam? – zapytała szybko Charlie, niemal mu przerywając.
- Ponieważ nikt nigdy nie dał rady opuścić tego miejsca.



