1
Konfrontacja
Kap.
Chłód betonowej podłogi koił poranione ciało. Oczy miała zamknięte, nie chciała ich otwierać. Czuła dziwny, wszechogarniający spokój.
Kap.
Ziemia była wilgotna, ale to była inna wilgoć niż tam, gdzie była jeszcze minutę temu. Dobra wilgoć jak ta po deszczu. Niosąca życie. Na nowo odczuła pragnienie, ogromnie chciało jej się pić.
Kap.
Rozchyliła lekko powieki. Zamazany obraz powoli odzyskiwał ostrość, rysując przed nią coraz wyraźniejsze kontury miejsca, w którym się znalazła.
Kap.
To woda kapała z sufitu wprost na nią. Spływała po betonowych kolumnach, które podtrzymywały mokry sufit. Tworzyła rozległe kałuże na ziemi. Woda.
Charlie przytknęła twarz do podłogi i zaczęła łapczywie chłeptać rozlaną na niej ciecz, która w tym momencie była synonimem jej być albo nie być. Dźwięk siorbania roznosił się po pomieszczeniu, nie napotkawszy żadnej przeszkody w postaci, na przykład żółtej ściany. Dookoła niej nie było już tego ohydnego koloru, nie było też oślizgłej wykładziny, nie było doprowadzającego do szału dźwięku lamp. Tutaj nastało panowanie ciszy, która, jak ciężki koc, nakryła wszystko wokół. I jedynym, co mąciło jej niepodzielne dotychczas rządy, był właśnie dźwięk rozpaczliwej walki o życie marnego stworzenia, leżącego na podłodze w kałuży wody i własnej krwi.
Nie zaspokoiła pragnienia, ale zwilżone gardło przestało tak bardzo boleć. Próba podniesienia się, zakończona została przeciągłym jękiem, jakie wydaje z siebie ranione zwierzę. Przystawiła zakrwawioną dłoń do twarzy i zaczęła przyglądać się zdartym paznokciom, za którymi widać było ciemnoróżowe mięso. Wcześniej nie były powodem znaczącego cierpienia, lecz teraz, gdy umysł otrzeźwiał nieco, sprawiały, że Charlie miała ochotę wrzeszczeć z bólu. Myśl, myśl. Cokolwiek czym można, by było owinąć dłonie. Powoli usiadła, delikatnie prostując obolałe plecy. Z wielkim trudem zdjęła bluzę, która zdążyła nasiąknąć wodą, nie mówiąc już o krwi, której plamy jak brunatne kwiaty wykwitły makabrycznym kobiercem wokół dziewczyny. Bohaterka tragedii pisanej ręką szaleńca. Tylko, dlaczego autor skazywał ją na to wszystko? Co takiego mu zawiniła, że postanowił się nad nią bestialsko znęcać?
Odnalazła nóż przy swojej prawej nodze. Lepił się od potu i krwi, ale dzielnie zacisnęła na nim palce i wsunęła narzędzie pod koszulkę. Przedziurawiła materiał i przesunęła ostrze trochę bardziej w prawo, żeby łatwiej było rozedrzeć ubranie. Walcząc ze sobą, chwyciła poranionymi dłońmi skrawek i przedarła koszulkę. Z bólu ugryzła się w język i poczuła w ustach znajomy smak krwi, który towarzyszył jej ostatnio zdecydowanie zbyt często. Owinęła materiałem rany na palcach, najdelikatniej jak mogła. Niewielka to była pomoc, ale przynajmniej nie widziała w jak koszmarnym są stanie. Z cichym sykiem stanęła na drżących nogach. Potrzebowała wody.
Utykając, powoli przemierzała nowe miejsce, eksplorując w milczeniu jego zakamarki. Rozglądała się z umiarkowaną ciekawością, której stopień wyznaczył opanowany gorączką umysł, nie pozwalając w pełni oddać się badaniu otoczenia. Priorytetem wciąż pozostawało przetrwanie. Miejsce, w którym się znalazła, przypominało opustoszały magazyn lub niekończący się garaż zamkniętej galerii handlowej. Wokół roztaczał się półmrok, który okrywał przestrzeń miękkim całunem. Co za cudowna odmiana, sam widok, tak bardzo różniący się od poprzednich żółtych ścian, napawał nadzieją.
Jej uwagę przykuła niepozorna, drewniana skrzynia, stojąca za jednym z filarów. Podeszła do niej z wolna, oglądając ją ze wszystkich stron. Zbudowana była z nieheblowanych desek, sosnowych na pierwszy rzut oka. Zdawała się nietknięta przez wilgoć ani czas, tak jakby dopiero, co się pojawiła w tym miejscu. Charlie przesunęła dłonią po chropowatym wieku i, łapiąc za krawędzie, uniosła je delikatnie. W środku było pełno najróżniejszych przedmiotów, jednak dziewczyna na żaden z nich nie zwróciła uwagi. Wbiła wzrok w plastikową butelkę, w której najpewniej była woda. Pętla skumulowanych emocji zacisnęła się jej na gardle, odbierając na moment oddech. Przed oczami stanęła jej niedawna próba odebrania sobie życia. Godziny wyniszczającego pragnienia. Upuszczona krew jak ze zwierzęcia przeznaczonego na rzeź. To wszystko zdawało się odbijać w przezroczystej zawartości tej niepozornej butelki. Widziała to tam, praktycznie zdołała dostrzec swoją twarz, wyobrażenie umorusanego oblicza, gdzie, spod warstwy brunatnych plam, nagle rozbłysły pełne nadziei oczy. Jak w transie sięgnęła po wodę, wciąż czując ukłucie strachu. Co, jeśli to miraż? Jeśli jej umysł robi sobie z niej okrutne żarty i zaraz ocknie się, skulona na mokrej wykładzinie, otoczona milczącymi, żółtymi ścianami? Palce dotknęły miękkiego plastiku, poczuła śliską fakturę etykiety. Jeśli to sen, niech trwa wiecznie. Odkręciła nakrętkę i przytknęła gwint do ust. Poczuła delikatny, różany zapach, który sprawił, że zakręciło jej się w głowie, a wspomnienie uderzyło ją jak obuch.
W całym ogrodzie unosił się obezwładniający zapach kwiatów. Słychać było stłumione brzęczenie pszczół i trzmieli, które okraszało błogą sielankę popołudnia. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, bo, mimo że dzień wciąż się wydłużał, nadal noc obejmowała panowanie nad dobą. Jasny księżyc zajął swoje miejsce na nieboskłonie, czekając cierpliwie, aż złota gwiazda ustąpi mu miejsca. Gdzieś, pośród tej przestrzeni, siedziała dziesięcioletnia Charlie, z patyczkiem w prawej ręce, wydłubując zaschnięty piasek spomiędzy kół plastikowej ciężarówki. Spędzała weekend u dziadków na wsi, bardzo lubiła tu przyjeżdżać, szczególnie wiosną. Wszystko wokół niej odżywało po zimowym marazmie, w trawie na dobre rozpoczęło się gwarne buszowanie dziesiątków, a może setek gatunków stworzeń. Usłyszała wołanie, to babcia. Wołała ją na pączki. Wstała, otrzepując kolana, co na niewiele się zdało. Dziadek zaraz stwierdzi, że jest ''brudna jak nieboskie stworzenie''. Ona wtedy zaśmieje się, na jej policzki wstąpią rumieńce. Zapach pączków z różaną konfiturą. Szklanka zimnego mleka, po które była z dziadkiem u sąsiada. Pachnący latem wiatr. Przesycona różami woń popołudnia.
Drgnęła, wyzwalając się z chwilowego zapomnienia. Spojrzała na pustą butelkę, którą trzymała w dłoni i poczuła ulgę. Proszę, niech będzie jej więcej. Drobiazgowo przeszukiwała wnętrze skrzyni, choć spowalniały ją poranione palce. Latarka bez baterii. Nożyczki. Coś, co pewnie było kiedyś kocem, a teraz przypominało wyciągnięty psu z gardła kawał polaru. Dwie butelki wody (!). Ładnie złożona w kostkę żółta kurtka przeciwdeszczowa. Zemdliło ją na sam widok tego koloru, lecz wiedziała, że nie może jej odrzucić tylko ze względu na tę jedną cechę. Będzie w niej wyglądać jak odblask, ale kto wie, gdzie trafi za jakiś czas. Przydatne rzeczy schowała do plecaka, z którego z kolei wyrzuciła te niepotrzebne. To pół litra wody nie wróciło jej sił, ale odrobinę rozjaśniło umysł. Zmysły się wyostrzyły, świat wokół przestał sprawiać wrażenie rozmytej projekcji. Wszystko nabrało wyrazu.
Mgła unosząca się nad ziemią kłębiła się wokół nóg Charlie, przypominając świadome stworzenie. Ocierała się o spodnie, rozstępowała przed nią, by zaraz powrócić na swoje miejsce w całkowitym milczeniu, zupełnie bezszelestnie. Gdzieniegdzie całkiem zanikała, tworzyła kałuże. Dziewczyna zanurzyła dłoń w mlecznobiałym strzępie, kotłującym się parę centymetrów nad podłogą.
- Zachowujesz się jak kot – powiedziała głośno, ni to z rozbawieniem, ni z przyganą. Sama nie do końca wiedziała.
Mgła poruszyła się i popatrzyła na nią z irytacją.
Dotrzymuję ci towarzystwa. – W jej głosie słychać było, że poczuła się zraniona. Charlie uniosła lekko ręce w obronnym geście.
- Wybacz, nie chciałam, żeby zrobiło ci się przykro. Ale to w pewnym sensie komplement. Lubię koty – uśmiechnęła się, wyciągając dłoń ku swojej rozmówczyni. Mgła wygięła się w łuk i machnęła bladoszarym ogonem, który rozmywał się delikatnie przy każdym gwałtowniejszym ruchu.
Pora iść dalej. - Ogon oplótł jedną z nóg dziewczyny i rozpłynął się w bliżej nieokreślonego kształtu opar. Charlie kiwnęła głową i ruszyła przed siebie.
Szły razem w milczeniu, które wbrew pozorom nie było krępujące. Było w nim coś kojącego, uspokajającego, jak ciepła kąpiel po ciężkim dniu. Nie czuła się już samotna, szła pewnym krokiem, odkrywając coraz to nowe, choć podobne do poprzednich, pomieszczenia.
Dalej nie idę. – Odległy głos, jakby dobiegający zza ściany, miękko przeciął ciszę. Charlie przełknęła ślinę.
- Nie możesz mi dalej towarzyszyć? - szepnęła z nadzieją, gotowa błagać o pozostanie u jej boku. - Z tobą czuję się pewniej.
Mgła pokręciła głową.
Tam nie mogę iść. - Po tych słowach powoli wycofała się w głąb mrocznego pomieszczenia, pozostawiając dziewczynę z gardłem ściśniętym z niepokoju. Znowu sama.
Przed nią rysował się obraz skąpanej w słabym świetle klatki schodowej. Betonowe stopnie prowadziły zarówno w górę, jak i w dół. Wybrała te, którymi mogła się dostać na wyższe piętro, zdawały się wyglądać przyjaźniej. Dopiero w momencie, gdy odeszła jej towarzyszka, poczuła pragnienie. Ciało na powrót stało się słabe, a może nigdy nie przestało takim być. Przetarła dłonią mokre czoło. Wymyśliła to sobie? Wyjęła z plecaka jedną z butelek i wypiła ją do połowy. Dopiero po paru łykach była w stanie się zmusić do oderwania ust od gwinta. Było to bolesne jak wyrywanie ciernia z nogi. Z tą różnicą, że po chwili nie odczuła ulgi, a cierń zdawał się wbijać coraz głębiej w ciało.
Gdzieś tam ponad nią był księżyc. Chciała w to wierzyć. Jej dom także gdzieś tam był. Wspięła się po schodach łudząco podobnych do tych w starej fabryce. Może uda jej się dotrzeć na dach i stamtąd zobaczyć niebo. Wyobraziła sobie poprzecinany różowo-fioletowymi smugami głęboki niebieski kolor sklepienia. Połyskujące gwiazdy, Wenus widoczna nad wschodnim horyzontem. Mimowolnie spojrzała w górę, napotykając wzrokiem ciemnoszary strop, w niczym nieprzypominający jej wyobrażenia. Zacisnęła zęby w niemej bezsilności i ledwo powstrzymywanej rozpaczy.
Cierpienie rozlewa się słodkim posmakiem krwi. Brunatnymi smugami posoki, która już na palcach krzepnie. Myliłaś się, sufit przypomina twoje niebo. Nie widzisz na nim lśniących w półmroku kropel wody? To od teraz twoje gwiazdy.
Uniosła palec w górę, chcąc ich dotknąć. Nigdy nie były tak blisko. Chciała do nich dotrzeć, sparzyć się ich niepojętym gorącem, spłonąć w tym blasku, by nie palił jej więcej własny płomień. Jedna z kropel spadła na jej czoło z ledwie słyszalnym plaśnięciem. Miała wrażenie, że skóra w tym miejscu lekko ją zapiekła. Uśmiechnęła się gorączkowo. Jedna z gwiazd spadła specjalnie dla niej, na jej życzenie.
Z przyjemnego odrętwienia wyrwał ją szelest. Potem skrobnięcie, dźwięk przypominający drapanie pazurów. Charlie znieruchomiała, nim dostrzegła w zasięgu wzroku wysoką, przygarbioną postać, serce już biło w zawrotnym tempie, sprawiając wrażenie, jakby miało jej zaraz połamać żebra. Stworzenie zatrzymało się jakieś dwadzieścia metrów od niej, ledwie widoczne w cieniu. Jego położenie dokładnie określała jasnoszara, wystrzępiona koszula, sięgająca do kolan. Dzięki niej, Charlie zdołała dostrzec nieznaczny ruch istoty, która uniosła rękę do góry. Dziewczyna zamarła. Czy to jakiś znak do ataku? Zaraz wyjdzie ich więcej, a ona zginie tutaj po tak długim czasie walki o przetrwanie? Zacisnęła pięści tak mocno, że poczuła przeszywający ból w poranionych palcach. Wciąż żyje. Wciąż nie chce umrzeć. Nie. Chce. Umrzeć.
Odwróciła się w stronę korytarza, z którego przyszła i zaczęła biec, najszybciej jak mogła. Na tyle ile pozwoliło jej poranione i poobijane ciało. Na tyle ile pozwoliło ogólne wycieńczenie, głód i pragnienie. Biegła pod okiem ''gwiazd'' i betonowego nieba.
Cezarze, igrzysk i chleba!
Oto niewolnica, stawiajcie, stawiajcie szanowni panowie! Czy przeżyje? Czy ucieknie w jednym kawałku? Tak, nasz Cezar łaskawie zapewnił nam rozrywkę godną bogów!
- Za co, Cezarze?! - krzyknęła przez łzy, zwalniając biegu, by obrócić się i dostrzec, że stworzenia nie ma już w korytarzu. Na dobre zatrzymała się i oparła o ścianę, ciężko dysząc. Wysiłek wzmógł uczucie pragnienia, gardło znów bolało, a język wysechł.
- A może wyobraziłaś to sobie, co? - szepnęła do siebie, uśmiechając się gorzko. Przytknęła pięści do oczu, próbując zdusić wzbierający w piersi szloch. Gdy ponownie uniosła powieki, kilka centymetrów przed twarzą ujrzała opięte bladą skórą oblicze. Otworzyła usta, lecz nie wydała z siebie nawet jęknięcia. Głos uwiązł jej gdzieś w gardle, na którym zacisnęła się pętla paraliżującego strachu. Ten stwór nie miał oczu, nosa ani ust. Twarz była gładka, nie miała żadnych wgłębień, wybrzuszeń. Charlie przesuwała wzrokiem po ciele stworzenia, doszła do wniosku, że ten sam osobnik przyglądał jej się w tamtym korytarzu. O ile można tu mówić o patrzeniu, jak miał patrzeć? Dziewczynie nie dane było zastanawiać się długo, ponieważ istota wyprostowała się gwałtownie i jednym krokiem cofnęła się do naprzeciwległej ściany. Ten ruch był tak niespodziewany, że wyzwolił w Charlie wszelkie emocje. Pękły tamy, zapory, rozpadły się mury, które miały trzymać wszystkie te uczucia w ryzach. Łzy same zaczęły płynąć, a z ust wyrwał się zduszony krzyk przypominający wycie zranionego zwierzęcia. Coś się w niej wreszcie rozpadło, ta postać przed nią pewnie nawet nie była świadoma, co uczyniła. Dziewczyna osunęła się po ścianie, skuliła w pozycję embrionalną i, wstrząsana spazmatycznym szlochem, utkwiła wzrok w bladych stopach stworzenia. Zabij mnie. Zabij, jeśli chcesz. Ja już nie mogę.
To coś po chwili zbliżyło się do zwiniętego na ziemi człowieka, jakby odpowiadając na jego rzucone w myśli wezwanie. Kucnęło i wyciągnęło dłoń ku niemu. Charlie zacisnęła powieki w oczekiwaniu na ból. Zaraz chwyci ją za włosy, skręci kark albo zwyczajnie wypatroszy żywcem. Oszalały w panice umysł wymyślał, co rusz nowe, coraz bardziej makabryczne scenariusze. Kilka centymetrów dzieliło jej twarz od długich, bladych palców. Jedynym dźwiękiem, który mącił idealną ciszę, był chrapliwy oddech Charlie, oznaka, że wciąż żyła. Po sekundzie wciąż nie został zdławiony przez smukłą dłoń istoty. Po dziesięciu sekundach nadal oddychała. A po minucie poczuła na głowie delikatne klepnięcie, a potem jeszcze jedno. Niezręczny głask, przypominający przygładzenie nieułożonych włosów. Przerażenie gwałtownie ustąpiło miejsca zaskoczeniu. Charlie rozwarła powieki i wlepiła błyszczące od łez oczy w gładką twarz stworzenia, w miejsce, gdzie normalnie spotkałyby się spojrzeniem. W naiwnym odruchu chciała przytulić się do tego czegoś, zamknąć wątłe ramiona w silnym uścisku, okazać wdzięczność za jakże ludzki przejaw prostego współczucia. Nie wiedziała, czy takie były tego intencje, ale wolała tak sądzić, ta myśl była jak tratwa na wzburzonym morzu rozszalałych, sprzecznych uczuć, które targały jej wycieńczonym ciałem. Dotarło do niej, jak bardzo brakowało jej drugiej osoby. Czy jesteś uosobieniem Mgły? Coś w jej ogarniętym gorączką umyśle kazało jej twierdzić, że to prawda. Kiedy zwykła mgła zdążyła stać się Mgłą, towarzyszką niedoli? Rozsądne pytania pozostawały bez odpowiedzi, zagłuszane przez chore podszepty rozwijającej się psychozy. Wystarczyła krótka chwila, by nieznany jej stwór obrócił się i zniknął w mroku, pozostawiając zdezorientowaną dziewczynę samą ze skotłowanymi myślami, z których coraz ciężej było wyłuskać te najbardziej odpowiadające otaczającej ją rzeczywistości.
Nie tak wcale daleko od jej ciasnego korytarza ktoś inny przemierzał rozległą przestrzeń opustoszałego magazynu. Odgłos kroków odbijał się echem od najodleglejszych ścian. Szelest materiału mieszał się z metalicznym dźwiękiem karabińczyków przyczepionych do szaro-zielonych plecaków. Dwóch mężczyzn szło pewnie ramię w ramię, oświetlając latarkami ciemniejsze zakamarki w poszukiwaniu skrzyń. Choć była to tylko wymówka, nie chcieli wracać z pustymi rękoma.
- Cieszę się, że mogliśmy się wyrwać – powiedział wesoło wyższy z ich dwójki, przeciągając się z wyraźną ulgą. Jego niewiele niższy kompan potarł w zamyśleniu wąsy. Pierwszy popatrzył na niego z błyskiem w oku.
- Już ja znam tę minę – rzucił z szerokim uśmiechem i szturchnął kolegę w ramię. - Dalej przeżywasz tamtą sytuację.
- Przestań, Ricky – burknął wyraźnie nieskory do żartów towarzysz. Ricky teatralnie spoważniał.
- Mam na imię Maverick. Ludzie potem nas mylą przez to, jak mnie nazywasz – odparł z udawanym rozżaleniem.
- Nikt nigdy, by mnie z tobą nie pomylił – parsknął mężczyzna. - Wybacz, Mavericku. Zadowolony?
- Jeszcze jak, Riggs – Ricky ukłonił się głęboko i ruszył dalej, wciąż z lekkim uśmiechem błąkającym się gdzieś na wargach. Drugi mężczyzna nie miał zbyt wielu powodów do radości. Dobrze wiedział, o co chodziło przyjacielowi i był zadowolony, że udało mu się w porę uciąć temat.
To właśnie spędzało mu sen z powiek. Został uziemiony na Poziomie Pierwszym. Do odwołania.
- Nie przejmuj się Katem. Dobrze wiesz, że to nie na stałe.
Na cholerę o tym wspominasz?
- Dzięki.
Szli przez kilkanaście minut w kompletnym milczeniu, nie czując potrzeby przerywania ciszy. Riggs trawił w myślach osobiste problemy, wodząc pustym spojrzeniem za Rickym, który metodycznie oświetlał każdy ciemny kąt snopem światła z podręcznej latarki. Nagle podniósł lewą dłoń, jednocześnie stając. Drugi z mężczyzn w moment wyrwał się z objęć rozmyślań i skupił się na otoczeniu.
- Ogar? - szepnął Ricky, odwracając głowę. Wbił pełne oczekiwania spojrzenie w Riggsa, który był z ich dwójki starszy i bardziej doświadczony. Ufał mu niemal bezgranicznie, jego wiedza często ratowała ich z sytuacji pozornie bez wyjścia. Niższy mężczyzna powoli pokręcił głową.
- Bardzo wątpię. Słyszysz coś? - zadał pytanie, na które odpowiedź była oczywista. Wokół panowała cisza, przecinana jedynie ich szeptami.
- Racja – przyznał zawstydzony Maverick, przypominając sobie cechy charakterystyczne ogarów.
- Warczałby nawet ranny. Być może jeszcze głośniej niż zwykle. – Riggs wyminął kolegę, zapalając swoją latarkę. Ten ruszył za nim, kładąc dłoń na rękojeści długiego noża myśliwskiego.
- Kurwa. - Dobiegło go ciche przekleństwo. Przyspieszył kroku, by po chwili stanąć obok towarzysza i razem z nim patrzeć na przerażający obraz, którego autorem z pewnością musiał być jakiś sadystyczny malarz, któremu ktoś powinien odebrać wszelkie prawa do tworzenia.
Drobna dziewczyna leżała skulona pod ścianą, ramionami obejmowała plecak. Dłonie miała owinięte nasiąkniętą krwią szmatą, spodnie poprzecierane i rozdarte w wielu miejscach. Choć oczy były szeroko otwarte, zdawała się nie zauważać mężczyzn, którzy nad nią stali.
- Paskudna sprawa – powiedział Riggs, przesuwając dłonią po policzku z ciężkim westchnięciem. Kątem oka zobaczył, że Ricky zadrżał. Młody jest jeszcze. Wszyscy, których znajdowaliśmy byli w całkiem niezłym stanie. Tu mamy skrajny przypadek.
Dziewczyna drgnęła i podniosła na nich zaniepokojone spojrzenie. Sprawiała wrażenie wyrwanej z jakiegoś transu.
- Czy jesteście prawdziwi? - szepnęła słabo, unosząc się lekko i wyciągając rękę w ich stronę, jakby chciała ich dotknąć, by upewnić się, że na pewno nie są złudzeniem.
- Jak najbardziej – rzekł poważnie Riggs i kucnął przy niej, by mogła mu się lepiej przyjrzeć. Smukła dłoń w prowizorycznym opatrunku spoczęła na jego kolanie. Ten rozpaczliwy gest sprawił, że coś poruszyło mu się w środku i ścisnęło go za serce. Zamrugał szybko oczami.
- Co to za miejsce? Gdzie ja jestem? - drżący od zbliżającego się płaczu głos wypełnił przestrzeń i zawisł na moment w powietrzu. Starszy z mężczyzn wymienił się spojrzeniami z młodszym towarzyszem, który nerwowo potarł dłonie.
Ufał mu niemal bezgranicznie, jego wiedza często ratowała ich z sytuacji pozornie bez wyjścia.
To właśnie jedna z tych sytuacji, czyż nie? Musisz się tego nauczyć, Ricky, za jakiś czas nie będę już mógł cię wyciągać z każdej opresji. Riggs spojrzał w szkliste oczy dziewczyny, przesunął wzrokiem po jej umęczonej twarzy. Doliczył się kilku naprawdę paskudnie wyglądających ran i jednego siniaka po lewej stronie żuchwy.
- Nie miałaś zbyt łatwego początku, co? Jesteś na Pierwszym Poziomie Backrooms. Witaj w domu.



