Kwiat Różanecznika - 0
ocena: +10+x

Prolog

Wśród lęku i mroku nocy,
Jak senny koszmar przybywam

Na trawie, wyraźnie umęczonej całodniowym skwarem, osiadła delikatna rosa. Powietrze ochłodziło się, pozwalając odetchnąć od lepkiego gorąca lipcowego dnia. Niebo przybrało przyjemny, niebiesko-różowy odcień. Jego sklepienie przecinały wątłe strzępy chmur, zza których można było dostrzec pierwsze gwiazdy. Ziemia odpoczywała. Jedynym, co zakłócało ten wieczorny spokój, były odgłosy cykad, odległy szum samochodów i powolne, ciche kroki. Jedna z lamp zamrugała i zgasła, by po chwili ponownie rozlać mdłe, żółte światło na chodniku. Kroki zbliżyły się do tego miejsca, ucichły na moment. Żarówka oświetliła bladą twarz, niebieskie oczy, które wpatrywały się niewidzącym wzrokiem w przestrzeń. Po chwili znów zniknęła w półmroku wieczoru i cieniu naciągniętego na głowę kaptura. Ręka machinalnie powędrowała do kieszeni bluzy, by wrócić do poprzedniej piosenki, która leciała w słuchawkach już od przeszło godziny. To był ten dzień.

Odkąd jej siostra zaginęła, wszystko się zmieniło. Choć minęły równo dwa lata od tego dnia, Charlie pamiętała wszystko nadzwyczaj dokładnie. Ostatni uśmiech, ostatnie machnięcie ręki na pożegnanie. To był poranek jak każdy inny, Ivy zabrała psa na spacer, codziennie to robiła. Po dwóch godzinach, gdy w domu czuć już było lekką atmosferę niepokoju, Jackie wrócił sam, ciągnąc za sobą smycz. Telefon siostry nie odpowiadał. Potem wszystko potoczyło się szybko, z prędkością lawiny. Poszukiwania, powiadomienie policji, płacz mamy, grobowa mina ojca. Telewizja, wywiady, drukowanie plakatów z uśmiechniętą twarzą Ivy. To zapadło najbardziej w pamięci Charlie. Stała przy drukarce, patrząc tępo na powiększający stos kartek, z których patrzyła na nią rudowłosa dziewczyna.

Ten ból był niemal fizyczny, zamykał ją w swoich duszących objęciach aż brakowało jej tchu. To był ten dzień. Wtedy wszystko się zmieniło.
Kaskada emocji w końcu ustąpiła miejsca otępieniu. Pokój Ivy pozostał taki, jaki był zawsze. Mama nie pozwoliła nic w nim zmieniać, czasami Charlie widziała ją jak leży na łóżku i cicho płacze. Jej ramiona drżały, twarz była ukryta w poduszce siostry. Dom, który tak kochała, stał się martwy, jakby ktoś odebrał mu duszę. Wszyscy sprawiali wrażenie pogodzonych z tym, co się stało, ale oczywistym było, że to nieprawda. Każdy, gdzieś w głębi duszy, wierzył, że Ivy wróci, że stanie w drzwiach i powie „Wszystko już dobrze, wróciłam”. Ale mijały miesiące, a drzwi pozostawały zamknięte, stając się powoli symbolem poprzedniego życia, które na zawsze przeminęło i już nigdy nie wróci.

W oddali zamajaczył zarys rozpadającego się budynku, który w latach swojej świetności był fabryką oleju. Charlie przeszła przez dziurę w ogrodzeniu, zahaczając plecakiem o drut kolczasty, który zwisał smętnie, opierając się o metalową siatkę. Trawa sięgała tu kolan, po ceglanych ścianach pięła się dzika winorośl i szmaragdowe girlandy bluszczu. Okna pozbawione szyb zionęły czernią jak wyłupione oczy trupa, który dawno zdążył zostać złożony do grobu. Cisza była tu jeszcze bardziej przenikliwa niż w pozostałej części okolicy. Uśpiony kolos górował nad przedmieściami, milczący i opanowany przez naturę. Swoistym paradoksem był fakt, że praktycznie nikt tu nie zaglądał, nawet bezdomni czy grupy okolicznych pijaczków, którzy woleli trzymać się od tego miejsca z dala. Tego, czego inni się obawiali, Charlie tak namiętnie szukała. To miejsce zdawało się żyć, mimo jego ogólnie przyjętej śmierci - odwrotnie do jej rodzinnego domu, który co dzień po trochu umierał, choć pozornie sprawiał wrażenie pełnego życia. Może to dlatego tak lubiła tu przesiadywać, w tych potężnych murach czuła się bezpiecznie.

Wspięła się na pierwsze piętro po metalowych schodach, które wbrew pozorom wydawały się całkiem solidne. Tam, w największym oknie zwróconym w stronę zachodu, usiadła. Oparła głowę o framugę, czując na policzku chłód ściany. Przymknęła oczy, wpatrując się w rosnący na granicy horyzontu las, który w tym momencie zdawał się witać z coraz ciemniejszym niebem. Ostatnia różowawa łuna, wspomnienie słońca, ustępowała miejsca głębokiemu granatowi nocy. Zaraz zaczną się martwić. Nie lubili jak wychodziła gdzieś sama, nie mówiąc o wyprawach o zmroku. Życie stało się cięższe, pełne uciążliwej kontroli, którą ciężko było zaakceptować, nawet jeśli umysł i serce mówiło, że to przecież z troski i miłości. Kochają cię – powiedziała sobie, któryś już raz.

Gdzieś zaszczekał pies, zaraz po nim dało się słyszeć podniesiony, męski głos. Poznała go od razu, to jej brat. Pewnie rodzice kazali mu jej poszukać i zaprowadzić do domu, a on doskonale wiedział, gdzie lubiła przesiadywać. Stał się niemal równie nadopiekuńczy, co mama i tata, najchętniej chodziłby za nią wszędzie, by mieć ją na oku. Jako rodzeństwo byli w trójkę bardzo zżyci. A tragedia sprzed dwóch lat zbliżyła ich dwójkę jeszcze bardziej, choć zdaniem dziewczyny zaczynało to być męczące. Charlie westchnęła i zsunęła się z parapetu na zakurzoną podłogę. Jednak tam, gdzie spodziewała się napotkać stopami pewny grunt była pusta przestrzeń. Nim opadła w nią bezwładnie zdążyła jeszcze dotknąć palcami krawędzi okna i wydać z siebie zduszony okrzyk zaskoczenia. Świat rozmył się na kilka sekund, które zdawały się być wiecznością. Jakaś część jej umysłu stwierdziła, że pewnie zarwała się podłoga i zaraz spadnie na parter. Połamie się, może nawet zginie pod gruzami. Jeśli przeżyje, rodzice już nigdy nie wypuszczą jej z domu. Przez myśl jej przeszło, że może śmierć byłaby lepsza w takiej sytuacji. Żaden z tych scenariuszy nie nastąpił. Upadła ciężko na ziemię, ale nie była to zimna, betonowa posadzka opuszczonej fabryki oleju. Poczuła pod palcami miękką fakturę wykładziny, jej nos zaatakował duszący zapach stęchlizny. Podniosła się powoli, mrużąc oczy. Miejsce, w którym się znalazła było jasne jak za dnia. Zewsząd otaczał ją bladożółty kolor tapet, którymi wykończone były ściany pomieszczenia. Oparła się o jedną z nich, starając się uspokoić oddech, który nagle przyspieszył, dając dziewczynie do zrozumienia, że blisko jej do hiperwentylacji. Strach ścisnął ją za serce, poczuła kłujący ból w piersi. Objęła kolana ramionami i wtuliła w nie twarz. Gdzie jestem?

Serce odmierzało upływający czas, a dziewczyna wciąż nie podnosiła się z ziemi. Jej ciałem wstrząsnął gwałtowny dreszcz, ciężko było stwierdzić czy to ze strachu, czy może temperatura w pomieszczeniu nagle się obniżyła. Mijały minuty, jedna, dwie. Dwadzieścia. Dwadzieścia jeden. Ile potrzeba, by uspokoić głowę? Charlie w końcu podniosła wzrok na ścianę przed sobą. To nie był sen, ale może podczas upadku poturbowała się tak bardzo, że zapadła w śpiączkę. Ta myśl na moment dała jej nadzieję. Jednak coś nie pozwalało jej cieszyć się z tego wytłumaczenia. Przejechała jeszcze raz dłonią po dywanie. Miękki, jednocześnie wilgotny. Mógłby być całkiem przyjemny w dotyku. Przyjrzała się ścianie, żółty kolor kojarzył jej się całkiem dobrze, ze słonecznikami. Miała w ogrodzie słoneczniki, rosły pod kuchennym oknem. Barwa tapet w niczym nie przypominała tych kwiatów. Była wyblakła, jakby czymś przybrudzona. Sprawiała wrażenie dotykanej przez wiele rąk i zniszczonej czasem. Nieustający dźwięk świetlówek wrzynał się w czaszkę, powodując lekki ból głowy. Wszystko było tak realistyczne, bez tej nierzeczywistej mgły, która zwykle spowija ludzkie sny, dzięki której łatwiej ją odróżnić od prawdziwego życia. A może śpiączka wyglądała inaczej, nigdy w nią nie zapadła. Trzeba coś wreszcie zrobić. Zdjęła plecak z ramion i otworzyła, skupiając całą swoją uwagę na tej czynności. Najcenniejszą rzeczą wydawał się jej nóż sprężynowy z niebieską rękojeścią. Był to prezent urodzinowy od brata, od tamtej pory traktowała go jak swoisty amulet. Przypominał jej o nim. Na widok narzędzia ścisnęło jej się gardło, prędko odłożyła je na bok i wróciła do przeszukiwania plecaka. Pół butelki wody. Mało. Rozejrzała się mimowolnie w poszukiwaniu jakiegoś źródła wody, choć spodziewała się nie zobaczyć żadnego. Notes i piórnik, szczerze ucieszyła się na ich widok. Może opisywanie kolejnych godzin, jeśli nie dni, pozwoli jej uporządkować myśli. Wafelek i jabłko. Zapalniczka. Paczka papierosów z czterema sztukami w środku. W przedniej kieszeni miała sporo rzeczy, takich jak jakieś kartki, paragony, znalazły się też tabletki na ból głowy. Reszta przedmiotów, które przejrzała, wydawała jej się w tym momencie niepotrzebna. Telefon ze słuchawkami wciąż był w kieszeni bluzy. Gdy włączyła wyświetlacz, od razu zauważyła brak zasięgu i połowę baterii. Starając się powstrzymać gwałtowną falę rozczarowania, wstała z ziemi. Wzięła głęboki oddech i ciężko wypuściła powietrze z płuc. Siedząc w miejscu, na pewno się stąd nie wydostanie. Zarzuciła plecak na plecy i ruszyła przed siebie, ku kolejnym bliźniaczo podobnym pomieszczeniom.

Minęły uczucia przerażenia i szoku, które opanowały ją zaraz po przybyciu do tego dziwnego, niekończącego się pokoju. Zamiast tego zapanowało w niej napięcie, a coraz silniejsze znużenie dawało o sobie znać. W miarę przyjemne otoczenie, naznaczone jednak cechami, które z przyjemnością nie miały nic wspólnego, wprowadzały ją w stan dysonansu poznawczego. Pożółkła wykładzina, której wilgoć czuła stale pod stopami. Wyblakła, zarysowana tapeta odklejała się gdzieniegdzie od ścian. Ciągle ten sam widok, w którą stronę, by nie skręciła. Po dłuższym czasie kluczenia korytarzami w poszukiwaniu wyjścia zaczęło jej się lekko kręcić w głowie. Do tego niepokój i trudny do zniesienia stres podczas każdego zakrętu. Nawet, jeśli nikogo do tej pory nie spotkała, to co będzie za rogiem?

Minęły jakieś dwie godziny. Bateria w telefonie sukcesywnie się wyczerpywała. Charlie nie korzystała z niego, jakby wierząc, że gdzieś w tym labiryncie korytarzy znajdzie zasięg. Robiła sobie krótkie przerwy, podczas których przysiadywała pod ścianą i uspokajała gonitwę myśli. Im dłużej szła, tym bardziej dostrzegała tego bezsens. Wydawało się jej, że wciąż chodzi w kółko, a z drugiej strony – każda ściana wyglądała inaczej, nawet jeśli różnice były niewielkie. Plama z prawej strony, zadrapanie przy dolnej listwie, dziwne uszkodzenie narożnika, przypominające ślady zębów. Czy ktoś był tu oprócz niej?

Charlie zapisała w notesie szóstą godzinę syzyfowej wędrówki. Wpatrywała się chwilę w napisaną cyfrę, czując jak do oczu napływają jej łzy. W tym przeklętym miejscu nie odczuwała tak upływu czasu. Gdyby nie zegarek, który miała na nadgarstku, nie wiedziałaby pewnie, że minęło już tyle godzin. Przytknęła drżącą dłoń do czoła. Potrzebowała odpoczynku, choć chwili snu, który pozwoliłby odzyskać jej jasność umysłu. Z bólem serca postanowiła zjeść to, co miała przy sobie. To tylko oddaliło wiszący nad nią wyrok śmierci w pułapce, z której nie mogła znaleźć wyjścia.

Zasnęła z trudem, ale udało jej się przespać parę godzin. Ból mięśni osłabł, więc głowę zaprzątnęły inne problemy. Wskazówki pokazywały parę minut po dziewiątej, o tej porze wychodziłaby na zajęcia. Nie wyobrażała sobie nawet, co czuli w tym momencie jej rodzice. Całkowicie odrzuciła już teorię o śpiączce, choć jej racjonalność biła na alarm, gdzieś z tyłu czaszki. Jak to nie śpiączka to, co w takim razie? Nie miała pojęcia, nie chciała się nawet zastanawiać.

Pod wieczór skończyła się woda. Odłożyła pustą butelkę, czując jak zaciska jej się gardło. Musiała jak najszybciej znaleźć stąd wyjście, inaczej umrze w ciągu kilku dni. To takie oblicze ma śmierć? Oblicze wyrysowane żółtym kolorem na przeklętych ścianach niezasłużonego więzienia?

- Nie chcę umierać – szepnęła do siebie. Zaskoczył ją dźwięk własnego głosu. Do tej pory jedynym odgłosem, rozdzierającym ciszę, był ten pochodzący z lamp przy suficie. Dobrze było go usłyszeć. Na pewno nie umrę.

Czuła, że umiera. Jej gardło było suche i bolało coraz bardziej z każdą próbą przełknięcia śliny. Zamglonym spojrzeniem zerknęła na zegarek. To już prawie doba pragnienia. Ćmiący ból przeszył jej czoło, aż jęknęła. Nie mogła zebrać myśli. Ciało, doprowadzone do granic wytrzymałości, domagało się zapewnienia mu podstawowych warunków do funkcjonowania. Przestała zapisywać kolejne godziny. Każdy kolejny krok zbliżał ją do szafotu, gdzie już czekał na nią stryczek. Spojrzała w górę, gdzie wzrokiem napotkała jedynie szaro-żółty sufit. Gdzie się kończy bezmiar cierpienia? Miała poczucie, że jest dopiero na pierwszym stopniu schodów do piekła. Kaźń, którą ją czeka może być o wiele większa. Tak wygląda czyściec? Czy to jest jej oczyszczenie? Zwiesiła głowę, utkwiwszy spojrzenie w swoich bladych, drżących dłoniach, które po chwili zacisnęły się mimowolnie w pięści. Za następnym zakrętem spotka ją zbawienie.

Zbawienie miało postać żółtej ściany, po której tańczył niewyraźny cień dziewczyny. Nie czuła już rozczarowania. Nie czuła gniewu ani frustracji. Wzruszyła tylko nieznacznie ramionami, jakby samo jej ciało postanowiło dać wyraz tej głębokiej obojętności, która ją opanowała. Zupełnie jak wtedy, gdy pogodziła się ze zniknięciem Ivy. Ta wszechobecna żółć drażniła jej oczy. Na chwilę odzyskała jasność umysłu tak, jakby los dawał jej ostatnią chwilę normalności w nagrodę za heroiczną walkę. A tak naprawdę okrutnie śmiał się jej w twarz.

Białe larwy wyłaziły spod skóry na rękach i nogach, czuła je w oczodołach i w ustach. Jej ciało gniło, a ona usilnie próbowała temu zapobiec, wydrapując w kończynach głębokie szramy. Pod paznokciami zostawała jej krew i skrawki naskórka. Chciała znów być czysta. Szaleństwo miało kolor bursztynu. Smakowało cierpko, jak agrestowe wino.

Ściany spłynęły posoką. Rdzawobrązowe plamy na wykładzinie wskazywały drogę, którą przebyła Charlie. Trawiła ją gorączka, ale ona nie była już tego świadoma. Drogę przebywała na kolanach, jak skruszony pokutnik, ciążył jej na plecach krzyż przeznaczenia. Myśli spowijała mgła nie do przedarcia, coraz więcej wysiłku kosztował ją każdy oddech. Wokół nie było śladu po mdłym, żółtym kolorze, wszystko zabarwiło się na głęboki karmin. Kolejna stróżka ciepłej krwi, która spłynęła za kołnierz, nie wiadomo z której już rany. Rozorane ciało bolało, paliło żywym ogniem, czuła, że stała się właśnie całopalną ofiarą ku czci najokrutniejszego z bogów. Boże bez imienia, cóż ci uczyniłam? Przytknęła blade dłonie do mokrej od potu i krwi twarzy. Słone łzy sprawiły jeszcze większy ból, choć winny nieść ulgę. Oto nadszedł świt Dnia Ostatecznego.

- Znaleźli jej bluzę! Charlie, znaleźli… - Urwany krzyk matki postawił na nogi wszystkich domowników. Dziewczyna pobiegła do przedpokoju, gdzie zastała zdyszaną kobietę w średnim wieku, trzymającą się za serce.
- Mamo, uspokój się. To niezdrowe… - Dopadła to niej i chwyciła ją za ramię. Ta tylko machnęła ręką i obróciła gwałtownie głowę, by na nią spojrzeć. W jej oczach szalała burza.

Leżała na wznak. Oczy miała zamknięte, w ustach metaliczny smak krwi. W prawej dłoni trzymała nóż, którego ostrze lśniło świeżą czerwienią w świetle szumiących lamp. Czuła dziwne mrowienie w palcach, było ono jednak przyjemniejsze od rozdzierającego bólu, który na chwilę został przyćmiony nowym doznaniem. Zaraz wstanie i ruszy dalej, choćby miała się czołgać. Gdzieś znajdzie wyjście. A jeśli nie? Uniosła rękę tak, by nóż znalazł się przed twarzą. Koniec dobrej passy, bądź przeklęty, Labiryncie! Nadejdzie chwila, gdy ja zacznę rozdawać karty.

Tarzała się po ziemi, powoli posuwając się naprzód. Zakrwawione widmo człowieka, ofiara wojny, którą toczyła z własnym umysłem. Paznokcie miała zdarte do żywego mięsa od drapania ścian w gorączkowym amoku. Upłynęło jeszcze zbyt mało czasu, by nawet najstarsze rany zaczęły się jątrzyć. Szczęście w nieszczęściu, w tym przypadku to tylko kropla w morzu beznadziei. Kątem oka widziała rozmyte cienie podążające za nią. Niezrozumiałe szepty, które wdzierały się do głowy i siały jeszcze większy zamęt. Szybciej, szybciej, bo już czas! Jeszcze parę metrów do następnego zakrętu. Ciecz, którą był nasiąknięty dywan dziwnie reagowała z porozcinaną skórą. Na pewno nie była to woda. Wreszcie mogła wyjrzeć zza ściany, aby ujrzeć kolejny, wyglądający tak samo jak poprzedni, korytarz. Uśmiechnęła się spierzchniętymi ustami, na których, wskutek tego grymasu, pojawiły się krople krwi. W oczach błysnął ogień, gdy sięgnęła po schowany w kieszeni nóż. W biel ubrana dzisiaj składam. Ostrze wysunęło się z cichym kliknięciem. Kwiatów wieniec, los i duszę. Oblizała wargi odrętwiałym językiem. Na kamiennym blacie stołu. Ścisnęła mocniej rękojeść, dłoń przestała drżeć. Odchyliła się do tyłu, chcąc napotkać plecami na ścianę. Nie chciała, by jej ciało kurczowo trzymało się życia, gdy sama będzie przecinać jego złotą nić. Jedna, jedyna Homerowa Mojra. W ciągu ułamka sekundy, gdy oczekiwała, że poczuje szorstką fakturę obrzydliwie żółtej tapety, ponownie opadła w niebyt.

W szkarłat splamionym obrusie.


O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License