Ostry ból głowy. Wszędzie mgła. Gdzie jestem? Czemu stoję? I dlaczego wszystko mnie tak boli? Jeszcze przed chwilą leżałem na zadziwiająco wygodnym materacu z IKEI, który kupiliśmy z Kaśką podczas przeprowadzki, półtora roku temu. Teraz po białym materacu, szarej pościeli, cienkiej kołdrze i dużej poduszce nie było żadnego śladu. Mrugnąłem. Kaśka leżała obok. Zawsze wyglądała tak pięknie, również podczas snu. Jak anioł zesłany na ziemię, by uleczyć moje serce. Byliśmy tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Mrugnąłem ponownie. Obraz rozmazał się i zniknął.
Pogrążoną w nocy sypialnię wraz z małżeńskim łóżkiem zastąpiła mgła, jasne deski i stalowe poręcze.
"Znowu to", pomyślałem. Ten sam cholerny sen. Koszmar, który przeżywałem zdecydowanie zbyt często. Powracający stale koszmar, którego nie potrafił wyjaśnić jak dotąd żaden lekarz. Niemal co noc wracałem na ten pogrążony w mlecznobiałej mgle przeklęty most. Mimo, że śniłem ten sen bardzo często, nigdy nie był on taki sam. Zmieniały się szczegóły. Czasem słyszałem drapanie, czasem krzyki. Raz czy dwa wydawało mi się, że dostrzegam we mgle niewyraźne kształty. Człowiek, zwierzę? Nie potrafiłem stwierdzić. Coś tam się jednak czaiło. Czekało, obserwowało mnie. Nawet na jawie dostawałem gęsiej skórki, gdy tylko o tym pomyślałem, chociaż nie powinno to wcale tak wyglądać. Byłem już przecież dorosłym człowiekiem, za parę miesięcy miałem skończyć trzydzieści lat. Czas dziecięcego strachu przed sennymi zmorami dawno minął. Czułem jednak, że to, czego doświadczałem w tych dziwnych koszmarach, było o wiele bardziej złożone i na swój sposób realne niż wymyślony potwór spod łóżka.
Rozejrzałem się wokół. Sceneria nigdy się nie zmieniała. Ten sam most zawieszony w tej samej przestrzeni nad tą samą bezdenną otchłanią. Byłem już gotów przeskoczyć nad srebrną barierką i polecieć na główkę w morze złowieszczej mgły, gdy usłyszałem coś nowego. Śmiech, wypełniony radością, czysty i niewinny dziecięcy śmiech. Rozlegał się z każdej strony przez kilka długich sekund, po czym ucichł. Nie miałem pojęcia, co to znaczyło. Chwilę stałem w miejscu nasłuchując, na marne. Cisza była przytłaczająca. Ponownie odwróciłem się w stronę poręczy. Wtedy właśnie Go dostrzegłem. Ciemny kształt we mgle. Jego kontury sugerowały człowieka, lecz coś z tyłu głowy podpowiadało mi, że czymkolwiek jest ta istota, całe galaktyki dzielą ją od gatunku ludzkiego. Postać szła w moją stronę, rozsiewając wokół siebie wyczuwalną aurę strachu i poniżenia. Już wiedziałem, to był władca tego miejsca. Potężny niczym sama śmierć, tutaj miał nade mną władzę.
Ale nie tylko nade mną.
W tamtej chwili ich ujrzałem. Całe zastępy ludzi podobnych do mnie. W pomiętych koszulach, szarych dresach, za dużych bluzach, brudnych t-shirtach, lub nawet w samych bokserkach. Wszyscy mieli potargane włosy, podkrążone oczy i wyglądali na niezwykle zdezorientowanych. Mimo, że nie mogłem zobaczyć ich wszystkich, wiedziałem jak jest. Sam wyglądałem tak od czasu, gdy zaczęły się moje odwiedziny w tym przeklętym wymiarze. Teraz spotkałem innych sennych odkrywców. I usłyszałem głos, nie należący jednak do żadnego z nich. Był on głęboki i niski, podobnie jak wcześniejszy śmiech atakował mnie ze wszystkich stron, ale nie to było najgorsze. Ten głos nie tyle wybrzmiewał, co wypełniał wszystko i wszystkich w tamtym miejscu. Było to nie do zniesienia.
Nie powiem, co usłyszałem. Co wszyscy usłyszeliśmy. Nie chcę, by ktoś więcej musiał mierzyć się z tym koszmarem. I tak jest już nas zbyt dużo. On nas wezwał, uwiązał nas i nami zawładnął. On jest koszmarem, który prześladował mnie tak długo. Ta tajemnicza istota, władca krainy snów, której mam naiwną i beznadziejną nadzieję nigdy więcej nie spotkać, chociaż wiem, że tak się nie stanie. Od razu, gdy głos umilkł, wyskoczyłem przez barierkę. Zbudziłem Kaśkę swoim krzykiem. Była przerażona, prawie tak samo, jak ja. Przytuliła mnie i parę dobrych minut płakałem w jej ramię. Teraz udało mi się uciec, ale czuję, że następnej pobudki nie będzie. On na to nie pozwoli.
Nazywam się Ryszard Czarnecki i już nigdy, pod żadnym pozorem, nie wrócę do krainy snów.



