Byliśmy sami w porypanej przestrzeni.
— Co się dzieje? — Usłyszałem niepewny głos Barańczuka.
Spojrzałem w jego kierunku. Rozpadał się. Na jego twarzy odmalowywał się strach. Czysty, niezakłócony. Bo i przez co? Przytłaczająca cisza wokół nie pozwalała innym emocjom wydostać się na zewnątrz. Wszystko kotłowało się w środku, wszystko tylko nie strach. Przekrwione jakby od płaczu oczy mojego kompana wychodziły z orbit. Czy płakał? Nie, on nigdy nie płakał. To wina tego miejsca, czymkolwiek ono jest. Ściskało go z każdej strony, napierało niepohamowaną pustką wprost na jego duszę. Też byłem przerażony, ale głównie widokiem nieustraszonego Stanisława Barańczuka w takim stanie. To, co się z nim działo, przekraczało wszelkie pojmowanie.
Jak już mówiłem, rozpadał się. Na moich oczach.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz z jego zdeformowanych ust wydobył się jedynie jęk. Brzmiał jak płacz krowy lub wołu, zawodzenie pozbawionego świadomości zwierzęcia, które mimo to wie, że jedzie na rzeź. Modliłem się, by przestał, jego stłumiony krzyk nie pozwalał mi myśleć. A musiałem myśleć. Myślenie było jedyną rzeczą, która powstrzymywała mnie od szaleństwa. Tkwiliśmy tu już Bóg jeden wie jak długo, cały ten czas jakimś cudem utrzymując się przy życiu i zdrowych zmysłach. Tutaj chyba nie ma między tym różnicy. Barańczuk jednak przestał myśleć, idiota, i dlatego teraz się rozpadał. To tylko i wyłącznie jego wina, że musiałem teraz słuchać tych bezbożnych lamentów, błagalnego wołania o nicość. Co innego mu pozostało?
Myśląc o tym wszystkim, utwierdzałem się w swym jestestwie, podczas gdy mój przyjaciel niknął. W końcu zostały z niego same usta szepczące moje imię: Adam.
— Adam, Adam, Adam…
Adam, Adam, Adam… Nie mogłem tego znieść. Podbiegłem i zacząłem deptać te usta, pragnąc tylko uciszyć nieznośny dźwięk przeszywający na wylot moją czaszkę. Wreszcie ucichł. Odetchnąłem z ulgą. Przestrzeń wchłonęła Barańczuka w całości. Ciekawe, czy się jej nim odbije. Nie czułem żalu, tylko uwierającą pustkę. Nic dziwnego, zostałem sam. Po raz pierwszy od tygodni, może miesięcy, zamknąłem oczy. Gdy je otworzyłem, byłem już w zupełnie innym miejscu.
***
Leżałem plackiem na łące, a z góry wpatrywał się we mnie gruby człowieczek. Jego karykaturalna postura przywodziła mi na myśl skrzata ogrodowego. Mieliśmy kilka takich w Forpoczcie, Barańczuk je uwielbiał. Każdemu nadawał imię, potrafił je rozpoznać, choć wyglądały identycznie. No cóż, przynajmniej twierdził, że wie, który to który. Z oczywistych względów nikt nie był w stanie tego zweryfikować.
— Będziesz tak leżał, czy wreszcie ruszysz dupsko, hej? — zapytał niegrzecznie skrzat.
Otrząsnąłem się z transu i lekko podniosłem, opierając się na łokciach.
— Jak ci na imię? — Idiotyczność tego pytania dotarła do mnie dopiero po chwili.
— Grzmichuj, hej. Weź pan rusz dupsko i chodź, mamy wiele do zrobienia, hej.
Nie miałem pojęcia, o co mu chodzi. Stanąłem na nogach i zorientowałem się, że postać, z którą rozmawiam, sięga mi do kolana. Grzmichuj był jednym ze skrzatów Barańczuka, przypomniałem sobie. Po tym, co przeszedłem, będąc uwięzionym w przestrzeni, wcale mnie to nie zdziwiło.
— Co mamy do zrobienia? — mruknąłem, przecierając oczy.
Skrzat milczał. Odwrócił się i zaczął grzebać nogą w trawie. Blask białego słońca oślepiał mnie. Był ostrzejszy niż światło przestrzeni. Bardziej naturalny. Tęskniłem za nim. Rozejrzałem się wokół. Polana położona była pośród wysokich drzew klonowych, których korony zalane były słońcem. Wszystko błyszczało, liście, kora, trawa. Nawet skrzat. Teraz dopiero miałem okazję lepiej mu się przyjrzeć. Miał krótkie spodenki w kolorze nieba, czerwoną, zapinaną na czarne guziki koszulę oraz siwe włosy opadające mu na ramiona. Cholera, wyglądał zupełnie jak ogrodowe skrzaty z Forpoczty.
— Dziwne są rzeczy, hej — odezwał się. — Wiesz, jakie są, ale i tak zerkasz do środka, by się tego dowiedzieć. Czego? Nie wiem, hej. Ale zerkasz, a tam nie ma nic. I jak się z tym czujesz, hej?
Nie odpowiedziałem. Prawdę mówiąc, nie wiedziałem nawet, o co mu chodzi.
— No, jak się czujesz, gdy zerkasz, a tam, gdzie zerkasz, nic nie ma, hej?
— Zawiedziony — zgadłem.
— Zawiedziony, hej! Zawiedziony…
Po tej enigmatycznej wymianie zdań skrzat wrócił do grzebania w ziemi. Jego prawy but cały był już brudny. Dostrzegłem na nim wilgoć rosy, zieleń wytartej trawy i pozostałości zmiażdżonej dżdżownicy. Zrobiło mi się smutno.
— Czemu zawiedziony, hm?
— Nie znalazłem tego, czego szukałem.
— Znalazłeś już długo wcześniej, hej. Trzeba było nie wtykać nosa tam, gdzie nic nie ma, skoro patrzysz ciągle na to, co jest.
— Hej?
— Hej.
Usiadłem. Mój smutek pogłębiło tylko wrażenie, że to, co mówię, wcale nie pochodzi ode mnie. Nie chciałem tego powiedzieć, a jednak powiedziałem. I jeszcze to głupie "hej".
— Co się ze mną dzieje? — zapytałem.
Skrzat spojrzał mi w oczy z pogardą i zdziwieniem.
— Czego siadasz dupskiem, hej? Mieliśmy iść.
Wstałem więc ponownie, wciąż bez odpowiedzi, i pozwoliłem skrzatowi prowadzić się tam, gdzie chciał. Szliśmy leśnymi ścieżkami, mijając kolumnady zieleniących się klonów, szumy skromnych strumyków i kępy krzaków, w których mieszkały świetliki. Szliśmy, aż zapadł zmrok. Trafiliśmy akurat na kolejną polanę, tym razem wyłożoną dywanem miękkiego mchu. To tu skrzat postanowił się zatrzymać. Na krańcu polany najbardziej oddalonym od ścieżki leżał kamień. Ogromny głaz rzucający przed siebie cień, w którym chroniły się żaby i jaszczurki. Mój przewodnik zaprowadził mnie do niego, po czym kazał mi przywalić głową w skalną ścianę. Była gładka, bez ubytków czy chropowatości. Odchyliłem lekko głowę, po czym z całej siły uderzyłem nią w kamień. Czaszkę rozsadził mi momentalnie pulsujący ból.
— Boli, hej?
— Jak skurwysyn.
— Widzisz, a wystarczyło popukać — mówiąc to, zapukał lekko w skałę.
— Co?
— Twarda — stwierdził. — Zatrzymamy się tu na noc, hej. Wróć się nad strumyk, by nazbierać patyków. Rozpalimy ognisko, hej.
Poszedłem, wciąż trzymając się za obolałą głowę. "Pojebany konus", pomyślałem i obejrzałem się za siebie. Skrzat złapał świetlika i zgniótł go w palcach. Na chwilę polanę rozjaśnił najprawdziwszy płomień. Nie zadawałem pytań. Udałem się w stronę strumyka, rozmyślając nad sensem tego wszystkiego. Sensu oczywiście nie było, lecz doświadczenie przestrzeni przyzwyczaiło mnie do roztrząsania nawet najbardziej bezsensownych rzeczy. Pogrążony w myślach nie zauważyłem wystającego z ziemi konaru. Potknąłem się i koziołkując parę metrów, wpadłem do strumyka. Nie był taki płytki, jak sądziłem. Próbowałem wydostać się na powierzchnię, lecz woda wciągała mnie coraz głębiej w swoje zimne objęcia. Nurt był nadzwyczaj silny. Wiedziałem już, że nie mam z nim szans, gdy ostatkiem sił chwyciłem za coś mokrego i twardego dryfującego po powierzchni.
***
Wynurzyłem się na środku oceanu. Wszędzie wokół była tylko woda, bezlitosne, pomarszczone falami morze, sięgające aż po horyzont. Przypomniało mi to przestrzeń. Szybko wczołgałem się na dryfującą przede mną tratwę. Nie była to w zasadzie żadna tratwa, tylko zlepek trzymających się na słowo desek. Była jednak całkiem spora, zmieściłoby się na niej z dziesięć osób. Jak się po chwili przekonałem, pasażerów było jednak tylko dwoje. Na przeciwnym końcu tratwy siedziała bowiem kobieta mniej więcej w moim wieku. Miała na sobie przemoczoną koszulę i podarte skórzane spodnie. Dzieliło nas kilka metrów przesiąkniętego morską wodą drewna, na którym leżał stos zakrwawionych brzytew.
— Po co ci te brzytwy? — zapytałem, wypluwając wodę.
— Rzucam je tonącym — odpadła nieśmiało. — Kiedyś słyszałam, że tonący brzytwy się chwyta.
— I co potem się z nimi dzieje?
— Tonący toną, a brzytwy zbieram ja, w miarę możliwości. Nie chcę, by zabrakło dla innych.
Pokręciłem głową, wyrażając dezaprobatę dla tej pokręconej logiki.
— Ty jednak poradziłeś sobie bez brzytwy — zauważyła.
— Ano.
— Jesteś pierwszy, któremu się udało…
"Doprawdy?", pomyślałem. Nie chciałem jednak zrazić jej do siebie, więc powstrzymałem złośliwości. Zapadła między nami niezręczna cisza. Nie miałem pomysłu, jak ją przerwać, więc powiedziałem pierwszą rzecz, która przyszła mi do głowy.
— Każdy jest kowalem własnego losu.
— Chyba że tonie daleko od tratwy. Wtedy pozostaje mu brzytwa.
Nie mogłem się nie zgodzić. Zrobiło mi się gorąco. Spojrzałem w niebo i przekonałem się, że jest środek dnia.
— Zachodzi tu kiedyś słońce? — zapytałem.
— Nie pamiętam, by kiedyś zaszło — odparła. — A jestem tu całkiem długo.
Wzruszyłem ramionami i zdjąłem koszulę. Gruby mundur Komitetu nie był najlepszym strojem na dryfowanie przez ocean. Słońce w zenicie przygrzewało niemiłosiernie. Zamoczyłem ubranie w wodzie i przewiązałem sobie na głowie jak bandanę. Udar nie był czymś, czego wyjątkowo bym w tamtej chwili pragnął. Kobieta spojrzała na mnie zaciekawiona. Miała pokryte glonami, wypłowiałe blond włosy, które sięgały jej do pasa, mały, zgrabny nos i błyszczące piwne oczy. Była szczupła i wciąż całkiem ładna, mimo widocznych oznak długiej żeglugi. Nie potrafiłem dobrze ocenić jej wzrostu, siedziała bowiem z podwiniętymi nogami. Mogłem tylko dostrzec zielone siniaki na kolanach, gdyż w tych miejscach spodnie były najbardziej zniszczone. Ręce też miała poznaczone zadrapaniami.
— Chcesz mnie posiąść? — Usłyszałem jej głos. Chyba zauważyła, że się jej przyglądam.
— Ja? — odparłem głupio.
— Tak, czy chcesz? Nie byłam z nikim od miesięcy, może i dłużej — mówiąc to, lekko zsunęła koszulę, odsłaniając opalone ramię i obojczyk.
— Nie… — powiedziałem z wahaniem.
Kobieta przechyliła głowę, wpatrując się we mnie z mieszanką rozbawienia i zaciekawienia. Podniosła się lekko i usiadła po turecku. Miała długie nogi, a spodnie były wyraźnie za duże.
— Myślisz, że to twoja decyzja?
— A czyja?
— Że to zasługa twojej samokontroli, twojej żelaznej, niezłomnej woli? — zaśmiała się.
— Tak, a czyja? — powtórzyłem.
— Myślisz, że nie wziąłbyś mnie tu i teraz, gdyby tylko świat tego chciał? Moje jęki i twoje stękania zagłuszyłyby fale. Nasze oddechy zlałyby się z wiatrem, nasze ciała z tą próchniejącą tratwą. Krzyczałabym twoje imię, a świat wokół nas nic by sobie z tego nie robił. On nigdy nic sobie z niczego nie robi. Rzuca cię w toń i patrzy, jak się topisz. Czasem uśmiechnie się kącikiem ust, gdy zdesperowany chwycisz się brzytwy. Dlaczego? Bo tego właśnie chce. Więc pytam się raz jeszcze, czy myślisz, że to ty decydujesz?
— Czyli co, Bóg powstrzymuje mnie przed współżyciem z tobą na tej tratwie?
— Boga nie ma, Adamie. Jest za to świat i są jego prawa. Skoro jego prawem było wrzucenie cię w te fale, to dlaczego odmowa mi miałaby być twoim prawem?
Nie chciałem dalej z nią dyskutować tym bardziej, że znała skądś moje imię. Pomyślałem o Barańczuku. Czy prawem przestrzeni było mi go odebrać? Wyrwać go z życia w tak brutalny sposób? Czyim prawem w ogóle tam trafiliśmy? Przypomniałem sobie, jak wcześniej wypowiedziałem słowa, które nie były moimi słowami. Kto włożył mi je w usta? Wszystko zaczynało mi się mieszać, ta pokręcona podróż między zapomnianymi przez Boga poziomami mieszała mi w głowie, tworzyła chaos w moim uporządkowanym dotąd wnętrzu. Choć wnętrza przecież nie ma. Tworzyła więc chaos na powierzchni? Burzyła fale na spokojnej tafli jeziora, którym byłem przedtem. Zachowywałem się inaczej, wiedziałem to. Dziwnie, nienaturalnie. Byłem wciąż sobą, lecz zupełnie innym.
Roztrząsając to wszystko, nie zauważyłem, że kobieta zbliża się do mnie na czworaka. Jej twarz znalazła się po chwili zaraz przy mojej twarzy i poczułem, jak składa długi, ciepły pocałunek na moich ustach. Moja głowa na parę sekund oczyściła się ze wszystkich myśli i nie było mnie. Potem wróciłem. Hipnotyzujący blask jej piwnych oczu w jednej chwili pochłonął mnie i wypluł. Przerażony konkretnością miejsca, w jakim się znalazłem, odruchowo chciałem wrócić, jednak nie było już powrotu. Z malutkiej tratwy i bezkresu morza pozostało mi tylko jedno pytanie: "czy tego właśnie chciał świat?".
***
Siedziałem w wygodnym fotelu ze szkarłatnym materiałowym obiciem. Stojąca obok lampa oświetlała puste pomieszczenie żółtą poświatą. Pokój był niewielki, miał może z dziewięć metrów kwadratowych. Przypominał trochę jeden z magazynów Forpoczty, w której kiedyś pracowałem. Moja uwaga skupiona była na ciemnych, drewnianych drzwiach, które dłuższą chwilę pozostawały zamknięte. Mogłem dosłyszeć dobiegający zza nich zgiełk i bieganinę grupy nieznanych osób. Wreszcie drzwi otworzyły się na oścież i stanął w nich młodszy odkrywca Stanisław Barańczuk. Wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętałem. Miał na sobie beżowy mundur Komitetu i odznakę informującą o jego stopniu. Poczułem wstyd, że siedzę rozebrany z głupią bandaną z koszuli na głowie, lecz po chwili ze zdziwieniem zorientowałem się, że mój mundur jest w komplecie i w całości na swoim miejscu. Barańczuk odchrząknął.
— Adam, ty znowu tutaj? Co się dzieje? — zapytał z troską i niepokojem. — Myślałem, że już doszedłeś do siebie.
— Jak wydostałeś się z przestrzeni?
— Tak samo, jak ty… — Jego głos posmutniał. — Przejście wypluło nas kilka dni po tym, jak utknęliśmy między poziomami. Nie pamiętasz?
Wytężyłem umysł, jednak wciąż nic z tego nie rozumiałem. Jak to wypluło? Przecież Barańczuk zginął, widziałem to! Rozpadł się na moich oczach, a ja wgniotłem jego pozostałości w przestrzeń. Tak strasznie ryczał…
— Pani doktor? — Barańczuk znowu się odezwał. — On wciąż nic nie pamięta. Chyba będzie musiał wrócić do skrzydła medycznego.
Obok mojego przyjaciela pojawiła się druga znajoma mi postać. Wyglądała jednak nieco inaczej niż wcześniej. Miała na sobie biały, lekko zabrudzony kitel, jej blond włosy spięte były w potargany kok. Na małym nosie znajdowały się okulary, a zza nich wyglądały te same piwne oczy, które zahipnotyzowały mnie na morzu.
— To niedobrze — westchnęła, podchodząc do mnie i biorąc mnie pod ramię. — A zrobił już takie postępy…
Kobieta i Barańczuk wyprowadzili mnie z pokoju. Idąc między nimi przez korytarze Forpoczty, kątem oka zauważyłem ogrodowego skrzata stojącego na jednej z szafek. Może tylko mi się zdawało, ale przysiągłbym, że usłyszałem wtedy jego cichy szept:
— Dziwne są rzeczy, hej. Rusz pan dupsko i chodź. Mamy wiele do zrobienia, hej!



